Łaski i cuda św. Stanisława Kostki - 4

30. „Kiedy Dorota Abermanowa zapadła na szalejącą we Lwowie zarazę, kiedy podczas tej choroby wrzód jej narósł w gardle tak wielki, iż wypierał z ust język, kiedy dla wielkiego bólu nie mogła już ani jeść ani pić, lekarze zaś lękali się do niej przystępować obawiając się zarażenia – kwiaty z grobu św. Stanisława, które szczęśliwym trafem posiadał brat-aptekarz z jezuickiego kolegium, podane w odwarze, spowodowały pęknięcie wrzodu, wyciek materii, i powrót do zupełnego zdrowia”.

31. „Kiedy Piotr Kałuski, kaznodzieja z Brzeżan, zaniemógł złożony ciężką astmą, i kiedy lekarze już nie znajdywali żadnego środka zaradczego – kwiaty z trumny Błogosławionego przyniosły mu wyzdrowienie”.

32. „Kiedy 11-letnia Katarzyna z Lublina zapadła na morowe powietrze, i kiedy stan jej był do tego stopnia beznadziejny, że już świecę gromniczną podawano jej do ręki – kwiaty błogosławionego Stanisława złożone na jej głowie spowodowały stopniowy zanik bąbli, wycieków i pozostałych objawów zarazy. Zaświadczył to jej ojciec podczas lubelskiego procesu beatyfikacyjnego”.

33. „Kiedy mieszkanka Lublina, Ewa Avissa, zapadła na złośliwą gorączkę, która ją pozbawiła nawet mowy, i kiedy wezwani lekarze nie wiedzieli już co radzić – kwiaty, którymi przedtem dotknięto relikwii Świętego, i którymi z kolei dotknięto obolałego ciała chorej, stały się narzędziem łaski i uzdrowienia. Zaświadczyli to oboje z mężem podczas procesu lubelskiego”.

34. „Nie kto inny, tylko ormiański Arcybiskup Lwowski poświadczył podczas procesu lwowskiego pod przysięgą, że sam widział i sam otrzymał w podarunku od jarosławskich Ojców Jezuitów, kwiaty przywiezione z Rzymu od grobu św. Stanisława do Polski. Mimo wyczerpującego marszu – zeznawał jako świadek naoczny – mimo uciążliwej drogi, jaka dzieliła oba kraje, i mimo długiego czasu, jaki zajęła podróż odbyta konno, kwiaty te, gdym je zobaczył, posiadały i zachowały całkowitą swą świeżość i woń, jak gdyby co dopiero były wyjęte z ziemi”.

35. „Podobny wypadek zdarzył się z tkaczem Maciejem ze wsi Więzownica, województwie przemyskim. Żywił siebie i rodzinę z lichego zarobku, jakie mu przynosiło jego rzemiosło. Z niewiadomej przyczyny utracił w 1627 roku władzę z prawym ramieniu. Bezwład ramienia do tego stopnia odjął mu siły, iż tkacz nie tylko nie podołał pracy, ale nawet nie mógł przeżegnać się znakiem krzyża św. Stosowane lekarstwa nie pomagały, a tylko przyczyniały nowego i większego jeszcze bólu. Przypadkiem, przechodząc rynkiem jarosławskim, usłyszał jak rozmawiano o wielkich cudach i nadprzyrodzonych pomocach wyproszonych za przyczyną św. Stanisława. Zasłyszawszy tych wieści nabrał dziwnej jakiejś ufności. Pospieszył w dzień Bożego Narodzenia do kościoła i przed obrazem Błogosławionego wzywał jego pomocy. Kiedy zaś podczas wygłoszonego po mszy św. kazania, usłyszał wymawiane przez kaznodzieję imię Jezus, uczynił jak czynili wszyscy, i nie pomnąc chorej ręki, podniósł prawe ramię, by odkryć głowę na znak czci. Dopiero wtenczas spostrzegł, że ramię już jest wolne od bezwładu i całkowicie zdrowe. Sam pobiegł do Przemyśla, by podczas procesu beatyfikacyjnego zaświadczyć o cudownym wydarzeniu”.

36. "W roku 1629 zachorowała żona stolarza, imieniem Barbara. Oboje byli wyznania greckokatolickiego. Nawiedziła ją choroba oczu. Napuchły jej do tego stopnia, że wstręt brało patrzeć. Ciekła z nich ropna materia. Chora sama tarzała się z bólu. Lęk o całkowitą utratę wzroku napełniał ją przerażeniem. Przypomniała sobie podczas tych cierpień, że kiedyś, na rynku, usłyszała, jak opowiadano o cudownej pomocy Stanisława Kostki. Kazała więc, doprowadzona do ostateczności, zaprowadzić się przed ołtarze błogosławionego – i zaczęła go błagać o pomoc. Wróciła uzdrowiona”.

37. „Nie mniej cudownej pomocy zaznał krawiec Andrzej z Poznańskiego. Podczas prac domowych wpadł do dzieży napełnionej gotującym się piwem. Nie było nadziei na uratowanie go, bo stopień poparzenia był tak wielki, iż skóra całymi płatami schodziła z ciała. Przyniesiono w wielkim pośpiechu relikwię św. Stanisława – i podano mu ją do pocałowania. Ucałował cząsteczkę świętych kości ze czcią i głęboką ufnością, i uczynił ślub. Odzyskał zdrowie tejże samej chwili”.

38. "Podobnej łaski zaznał Jan Skuwara z Przemyśla. Wykonując najemną pracę przenosił między innymi ogromne blachy żelaza. podczas jednego z tych przenoszeń przedźwignął się. Nadwyrężenie mięśni było tak wielkie, iż nie mógł nawet poruszać się. Trzykrotnie dotknięto relikwiami bł. Stanisława obolałego boku – i chory wrócił do pełnego zdrowia”.

39. „Sebastian Liffel już jako 14-letni chłopiec musiał ciężko zapracowywać na chleb. Między innymi zlecono mu pewnego dnia, by na rozkaz magistratu krakowskiego zaopatrzył poszczególne domy w wodę do gaszenia pożarów… Podczas jednego z windowań zerwała się nieszczęsnym trafem lina i chłopiec spadł z wysoka uderzając mocno głową i ramieniem o bruk. Przeszło pół godziny już leżał od chwili przydarzenia się wypadku nie dając najmniejszego znaku życia. Zlewano go w międzyczasie zimną wodą, podsuwano mu do wąchania ostre płyny, zastosowano sztuczne oddychanie, próbowano go na wszelki sposób ocucić i przywrócić do życia. Wszystkie te zabiegi okazały się bezskuteczne. Wtenczas jedna ze służących domu, przy którym spadł, uczyniła ślub w jego imieniu, i wezwała pomocy Stanisława. Sebastian wrócił tej samej chwili do siebie, jak gdyby budząc się z ciężkiego snu. Kiedy zaś rany, które powstały wskutek potłuczenia, zagoiły się, powrócił zdrów do dalszej pracy”.

40. "Podobnego uzdrowienia doznał Karol Wilczogórski, szlachcic z poznańskiego. Od półtora roku leżał obłożnie chory. Dolegał mu wrzód w nerce spowodowany ostrym kamieniem. Raz po raz oddawał w moczu krew zmieszaną z ropą wśród ogromnych boli, które sprawiały, że chwilami prawie odchodził od zmysłów, lekarz zeznawał podczas procesu beatyfikacyjnego, że osłabienie organizmu chorego było tak wielkie, iż już od 8 tygodni zabronił choremu wszelkiego ruchu. Zakazał również, żeby nim poruszano, wszelkie poruszenie bowiem przysparzało mu dodatkowych cierpień.
W końcu dla wszystkich stało się widocznym, że zbliża się kres życia chorego. Stwierdziłem taki jego stan ostateczny — zeznawał lekarz — po zimnocie ciała, po śmiertelnych potach i po zanikaniu poszczególnych władz duszy. Chory bowiem nie tylko że nie rozpoznawał osób, ale nawet nie dostrzegał zapalonych przy nim kilku świec, które mu podsuwano pod same oczy. Nie słyszał również ani nie rozumiał niczego z tego, co mu mówiono. Sam zaś już tylko bełkotał.
Podczas takiego stanu złożonego niemocą chorego — a odmawiano właśnie modlitwy za konających — złożył starszy jego brat ślub do św. Stanisława w jego imieniu. Uczyniwszy zaś ślub, przysunął mu do ust cząsteczkę relikwij Świętego, oraz podał płyn, w którym uprzednio umoczono tę cząsteczkę. Chory skosztowawszy napoju westchnął głęboko, i po chwili odezwał się słowami: O Boże, gdzież byłem? Co się ze mną dzieje? Po tych słowach rozpoczął się nagły i pospieszny proces rekonwalescencji, który przywrócił mu zupełne zdrowie".

41. "Jednym z bardziej znanych w owych czasach szerzycieli kultu Stanisława był biskup poznański Andrzej z Bnina Opaliński. Temuż właśnie biskupowi zachorował podczas sejmu warszawskiego podskarbi Jan Zadorski. Choroba nastąpiła nagle i postępowała gwałtownie. Lekarze, których biskup zawezwał dla ratowania oddanego mu dworzanina, orzekli po dwóch tygodniach daremnych wysiłków, że wszelka nadzieja stracona. Istotnie: chory począł już tracić mowę, na jego zaś organizmie pojawiały się kolejne oznaki zbliżającej się agonii. Zaopatrzono go więc, jak kazały przepisy wiary, świętymi sakramentami. Sam jednak biskup, nie tracąc do końca nadziei, uczynił wspólnie z otaczającym konającego klerem ślub do św. Stanisława Kostki w jego intencji. Równocześnie wziął do ręki cząsteczkę jego relikwii i położył umierającemu na piersi. Wtedy to — ku zdumieniu wszystkich — chory nadspodziewanie odetchnął głęboko, a po chwili otworzył usta i przemówił spokojnie. Co dziwniejsze jednak, zażądał natychmiast posiłku, po którym nastąpiła szybka i zupełna rekonwalescencja, O prawdziwości tego cudu zeznawali podczas procesu poznańskiego, jak i lwowskiego, naoczni świadkowie, wśród których nie zabrakło asystującego choremu lekarza".

42. Autor pierwszego żywota św. Stanisława Kostki, ks. Franciszek Sacchini, zanotował jeszcze dalsze podobne cuda zdziałane przez św. Stanisława w Rzymie.
„Głośniejszym spośród nich to cud, którego dostąpiła Klarysa Camajana, znana powszechnie w Rzymie matrona. Zapadła na chorobę piersi. Rodzaj złośliwego raka toczył jej ciało i przyczyniła ogromnych bólów. Rana wżarła się głęboko i przedstawiała widok jakby wielkiego wrzodu, który męczył gorączką i nie dawała spocząć. Środki lekarskie okazały się bezskuteczne. Kiedy więc ludzka pomoc zawiodła, pospieszyła do grobu Stanisława. Przedmiotem, który przypadkowo spoczywał na trumnie, dotknęła zżartych rakiem piersi – i poczuła natychmiastowe zmniejszenie bólu i gorączki. Po kilku dniach rana i wrzód wygoiły się w pełni i znikły nie zostawiając najmniejszego śladu”.

43. "Działo się to w październiku 1605 roku. Romulus Vaccarus, mieszkaniec miasta Rzymu, zachorował na oko. Ból jaki sprawiała choroba, był chwilami nie do wytrzymania. Nękał straszliwie. Choroba o mało nie przyprawiła go o utratę wzroku. Daremnie obiegał do lepszych lekarzy - okulistów. Daremnie stosował przepisane przez nich leki. Choroba postępowała niepokojąco naprzód, a ból stawał się coraz nieznośniejszy. Kiedy więc sława łask zdziałanych za przyczyną Stanisława Kostki rozeszła się do Rzymie, wtedy i on - znikąd już nie mają nadziei ratunku - pospieszył do grobu Świętego. Tam, pomodliwszy się, i uczyniwszy ślub, że zawiesi wotum przy grobie świętego, ujął drzazgę z deseczki wyjętej z pierwotnej trumienki, w której złożono Stanisława bezpośrednio po jego śmierci, i tym ułamkiem najzwyczajniej dotknął chorego oka. Uzdrowienie nastąpiło natychmiastowe. W jednej chwili odzyskał dawną siłę wzroku".