Poemat - Życie św. Stanisława Kostki (1)

Poemat Grzegorza z Sambora, wydany w Krakowie w 1570 r., w dwa lata po śmierci św. Stanisława, tłum. na jęz. polski - Wincenty Sroka

Niech kto chce, ucztuje rok cały bez miary,
Aż przesyt go zmoże ohydnie;
Niech inny z gór winnych moszcz sączy do czary,
Niech pije, aż wino mu zbrzydnie;
Wrzask trąby bojowej niech zmienia w peany
I dzikim lud wrogiem przeraża:
Ja ciałem, różaną krwią Pana nad Pany
Nasycon u stopni ołtarza,
Gdy Chrystus zmartwychwstan mir w duszy mi budzi,
Pieśń słodką pokoju zanucę -
Zacnymi przykłady i pieśnią ja ludzi
Zachwycę, zbuduję - nawrócę.

Bo Świętych ja Pańskich mą pieśnią wysławię,
Niech blask ich rozjaśnia świat cały -
Byle mi Muz dziewięć sprzyjało łaskawie,
Jak świeckim mym pieśniom sprzyjały.
Gdym sławił przemożnych tej ziemi imiona
I Niebian opiewać się godzi -
Lecz kogóż wprzód wsławię, czy może Szymona,
Co go to Lipnica nam rodzi?
Czy Jacka, którego Dominik jak wonny
Kwiat wszczepił w swój ogród zakonny?

Gdy innych mi Świętych odłożyć moc dana,
Co w krajach tych mają swe groby:
Opiewać chcę żywot polskiego młodziana,
Tak pełen przedziwnej ozdoby.
Lecz w pomoc wieszczowi, święty Stanisławie,
Racz przybyć, ziem polskich zaszczycie!
I ręce do Pana wznieś za mną łaskawie,
Gdy w pieśni Twe sławić chcę życie.

Gdzie zimą północny Wóz świeci nad Gdańskiem,
A Wisła nurt w morze swój leje:
Senator tam Kostka imieniem swej pańskiem,
Bogactwem śród możnych jaśnieje.
I dziatki z małżonką ma liczne i zdrowe,
Ostatni Stanisław się rodzi,
Co zacny ród ojca i czyny ojcowe
Zacnością umysłu przechodzi.

Dwanaście lat w domu żył skryty przed światem,
Talentem jaśniejąc i cnotą;
A potem do Wiednia wyprawion wraz z bratem,
W naukach się ćwiczył z ochotą.
Poznawszy tu braci z Jezusa zakonu,
Błyszczących cnotami szczeremi,
Ich wiarę, zasady właściwe ich gronu -
Aniołów w nich widział na ziemi.

I szczera owładła chęc umysł chłopięcy,
By w poczet był braci policzon -
Lecz chytra pokusa przez sześć go miesięcy
Wstrzymała swą sztuką zwodniczą.
Gdy miłość Jezusa nadzieję w nim budzi,
Gniew ojca strach wznieca mu w łonie;
To ogień niebiański mu w sercu zapłonie,
To ludzki wzgląd znów go ostudzi.
Stąd przykład pobożnych pociąga go męży,
Stąd straże go strzegą dwoiste;
Aż nauk i sławy ponęty zwycięży -
Ślubuje Twym uczniem być Chryste.

Raz w ławce siadł, w niebo wziósł serce i oczy;
Wtem czarny pies z paszczą rozwartą
Po trzykroć w twarz chłopca trwożnego poskoczy
I trzykroć go krzyżem odparto.
Znikł wreszcie w mgle brudnej - stąd radośc młodziana,
Że przemógł piekielne widziadła;
Lecz wkrótce choroba go zmogła nieznana
I niemoc nim dziwna zawładła.

Na próżno dopomóc mu pragną lekarze.
Choroba silniejsza niż leki -
Wtem wspomniał, że czytał o świętej Barbarze:
Kto jej zawezwie opieki,
Gdy Bogu, gdy Marii się oddał w pokorze,
I sercem zaufał im całem,
Niech wierzy, że umrzec on pierwej nie może,
Aż Pan go nakarmi Swem Ciałem.
Więc śluby uczynił i obrał ją sobie
Za można Patronkę w tej dobie.

I z twarzą promienną, podobna dogwiazdy,
Barbara mu święta zaświeci;
Zapewnia, że dozna pomocy jej każdy,
Kto sercem się szczerem poleci,
Lecz Boskiej opieki niech z wiarą sam wzywa,
A jej go obrona osłoni.
To rzekła i w obłok się lekki rozpływa
Śród blasków niebiańskich i woni.

To chociaż mdłe ciało, ozdrowiał duch chory,
Gdy takie oglądał zjawiska;
I oczy pobożnie w nieb wznosi przestwory,
W radości pierś dłońmi przyciska.
A w myśli mu stają - to rajskich rzek wody,
To czarne piekielnych wód błota,
To znowu o niebie rozmyśla duch młody -
Ostatni kres widzi żywota.

Gdy biedny na łożu spoczywał śród nocy,
Nad nędznymbolejąc swym stanem -
"O Ty! - rzekł - co życie i śmierć masz w swej mocy,
Coś zdrowia, choroby jest Panem -
Nie dozwól, o Boże! Bym umarł w tej chwili,
Aż Chleb mnie Anielski posili".

A gdy się tak modląc wzrok zwrócił w komnatę,
Blask ujrzał i oczy świecące;
Bo przed nim dwa stały młodziany skrzydlate,
Najświętszy mu Pokarm niosące.
Wnet chyży lot w górne unosi je kraje -
W nim serce zadrżało radością
I noc ta rozkoszna dlań dniem się już staje,
A ciemność już nie jest ciemnością.

Duch mocny, lecz ciało, ach, jakże bezsilne -
Więc leki w zwątpieniu precz miota
I  śmierć mu już miejsce wyznacza mogilne,
Już Parki rwą nitkę żywota.
"O! gdyby mnie Jezus swym okrył puklerzem,
Nędznego w nieszczęściu wsparł takiem:
Gorliwym Jezusa zostałbym żołnierzem,
Pod jego nosiłbym broń znakiem.

O Matko Dziewico, Twej użycz opieki,
Racz spojrzeć,jak nędznie umieram,
A Ciebie i Syna ukocham na wieki -
Za matkę Cię sobie obieram".

Gdy umilkł, komnatę blask nowy oświeca -
W zdumieniu, w radości duch tonie;
Bo przed nim Najświętsza stanęła Dziewica
Maryja z Dzieciątkiem na łonie.
I Syna mu kładąc na łożu, tak powie:
"Patrz Kostko! twój lekarz przybywa;
On pragnie cię zbawić, przywróci twe zdrowie -
Na wierną służbę cię wzywa".

Już znikli Syn z Matką, a Kostka wraz młody
Zdrów usiadł na łożu krawędzi -
I uszła choroba na zawsze, bez szkody,
Jak woda z piór śnieżnych łabędzi.
I odtąd do dzieła Bożego żołnierza
Gorętsza w nim żądza zapłonie -
Więc zamiar dojrzały swym braciom powierza,
W Jezusa żyć pragnąc zakonie.

O czemuż zwodnicza nadzieja ulata?
Czyż młodzian zaszczytu takiego
Niegodzien? Aż całe trzy czekać ma lata,
Nim wreszcie domierzy do niego.

Coż było dla braci powodem odmowy?
Że młodzian rok kończy piętnasty?
Czy takim był Jezus? - Nie byłże gotowy
Dopuszczać dziateczki, niewiasty?
Czy owszem, nie garnął maluczkich do siebie,
Im dając królestwo swe w niebie?

O! mieli powody Ojcowie zakonni...
Dla nauk im danyś młodzianie;
To miary słuszności przekroczyć nie skłonni,
Swe spełnić li chcieli zadanie.
Kto oddan w opiekę, strzec trzeba go wiernie
I oddać, tu pieczy granica.
Nie byliżby bracia zbłądzili niezmiernie,
Wbrew woli go wiążąc rodzica?

Cóż tedy, gdzież zbiegnie, strzygnąwszy uszyma,
Ten jeleń pragnący swobody?
Tu zakon niechętny - tam ojciec go trzyma,
Któż zwalczy podwójny prąd wody?

Co czynić? Gdy trudno nakłonić ich wolę,
Do celu w tor puszcza się śmiały:
Porzuca rodziców nieletnie pacholę,
Rzuca herb domu wspaniały
I wuja możnego, któremu zasobne
Prus ziemie swe skarby zwierzyły,
I drogich braciszków, siostrzyczki nadobne
I dziadków już bliskich mogiły.
Obmierzły mu wielkiez ról mnogich dochody
I sługi, obozy, wsie, grody;

I niczem mu łańcuch złocisty na szyję,
Ni strój purpury bogaty -
W ubogim ubraniu swój możny stan kryje,
W pielgrzymie przebara się szaty.
I rzecze: "O kiedyż zaniecham już świata,
Na służbę poświęcę się Boską,
Przestanę marnować młodości mej lata
I próżną obciążać się troską!
Nie znając wytchnienia, ach, iluż to ludzi
I zimą, i latem się trudzi!

Gdy jednym wiek krótki upływa bez celu
I wiele ciał młodych śmierć chłonie:
Tymczasem z Jezusem się łączy tak wielu,
By w Mistrza żyć swego zakonie.
Gdy siły wytężą, nad wrogiem zbawienia
Zaszczytne zwycięstwo im dane -
W nich zgoda, im wspólne najlepsze dążenia -
Jaż jeden odnich odstanę?

I na cóż mi promień oglądać słoneczny,
Gdy promień zakonu mi wzięty?
Mniej cieszy mnie niebo i świętych blask wieczny,
Gdy dziś mi ten bliższy odjęty.
Gdziekolwiek los wołą, posłuszny tam zajdę,
A nie dbam, mogiłę gdzie znajdę!"

Te słowa do walki zaostrzą w nim wolę:
Jak jednorożec w skok bieży
I niby zajęte czemś, spieszy pacholę
W dom Boży, wprost od wieczerzy.
A kiedy do wspólnej powrócił znów celi,
Już stróże uśpieni leżeli.

Więc ugiął kolana przed Panem wszechświata
I w cichej wyszeptał modlitwie:
"O Panie! jak Saula uśpiłeś w gonitwie,
Dozorcę mi uśpij i brata.
Jak we śnieś pogrążył straż Piotra z swej mocy,
Tak na nich sen ześlij tej nocy.
O Maryo! coś Matką wiernego Ci sługi,
Daj moim Herodom sen długi".

Rzekłd, zaparł dech w piersi, z ukosa spoziera;
Ot, obu sen zmorzył głęboki -
Więc w obcy, obcisły płaszcz w lot się ubiera
I z chlebem przypasał tłumoki.

Na bakier czapeczkę wdział obcą, przestronną,
A w rękę niewielki kij bierze -
Takim był Aleksy, gdy matkę wraz z żoną,
Gdy ojca porzucał drogiego,
Gdy rzucał kraj, który miłował tak szczerze,
Dla życia w niebiesiech wiecznego.

"Co czynisz? - rzekł z cicha - o Kostko! bez pieczy
Chcesz w taką sam puścić się drogę? -
Gdy młodsi na większe ważyli się rzeczy,
Czemuż się sam wybrać nie mogę?
Wszak Paweł szesnaście lat liczył, gdy skrycie
Na puszczy jął nedzne wieść życie,
Apollon, gdy Panu się oddał za młodu,
Zaledwie piętnasty rok liczy:
W dwunastym Benedykt świetnego blask roku
I cały świat rzucił zwodeniczy;
Toż Niward potężny i w złoto, i w bronie
Dziecięciem się Panu oddaje;
A król, co z Barlamem szedł w puste ustronie,
Jak wielkie porzucał dlań kraje?
A jażbym dla Pana nie rzucił mych włości
I drobnych nie ścierpiał przykrości? -
Lat dziesięć miał Mocel, a skronie chłopczyny
W męczeński już wieniec się stroją;
Wit w siódmym i Mammes niewinną krwią swoją
Te same zdobyli wawrzyny;
A Kwiryk trzyletni korony złociste
I życie dla Ciebie dał Chryste!...

A o mnież rzec mają: "Niezdarne mu ciało
Znieść trudów podróży nie dało?
On ziemię nad niebo, a herby szczerniałe
Nad cnotę przenosił i chwałę?" -
To po cóż tam w niebo wzrok wznosim spokojny
I rozum dlaczegoż nam dany?"
Tak w nocy czuwając i bronią tą zbrojny,
Polecił się Panu nad panu
Wraz z całą rodziną - i zaraz tejnocy
Bez wiedzy dozorcy i brata
W skok z Wiednia podążył w nieznaną dal świata,
W Augsburgu chcąc szukać pomocy.

Wieść niosła rozgłośna, że żył tam w zakonie
Kanizyusz, mąż dzielny i święty.
Więc w duchu rzekł: "Jemu do kolan się skłonię,
A pewnie zostanę przyjęty.
A gdy mnie litośnie przygarnąć nie raczy,
Pochwycę za kostur żebraczy -
Gród każdy nawiedzę i wszędy tam zajdę,
Gdzie ujrzę zakonną drużynę;
Aż w gronie ich świętym dla siebie kąt znajdę
I wreszcie do portu dopłynę".

Tymczasem zwodniczy ogarnął sen brata,
Wskazując mu prawdę w osłonie:
Ot łabędź śnieżysty mu z klatki ulata
I wolny się wzbija nad błonie;
A potem nad wieżą klasztorną się słania
I w górne unosząc się szlaki,
Piosenkę ostatnią muci pożegnania,
A smutno zawodzą w krąg ptaki,
Aż silny ruch skrzydeł łabędzia z piosenką
Na zawsze w nieb uniósł przestworza.
I budzi się senny i szuka w krąg ręką
Śnieżnego łabędzia śród łoża:
Nie masz go; choć wodzi rękami dokoła,
Nie mogąc uwierzyć swej stracie,
Nie masz go; więc przez sen żałośnie zawoła:
- "O bracie, gdzież jesteś mój bracie?!"

Już ocknął się trwożny i widzi nieszczęście:
Brak Kostki, jak wielka komnata.
Więc z żalu w pierś głośno zadudnią ich pięście,
W pierś mistrza, w rozpaczną pierś brata.
O biada - mistrz woła - z oddanych mej pieczy
Najlepszej zabrakło nam rzeczy!

I wraz się rozbiegli przeszkodzić ucieczce,
Pytając: "Nie widział kto chłopca?"
"Tak - rzeką im ludzie - wsparta na laseczce
Szła tędy sierotka nam obca".
Więc konie brat sprzęga, woźnicy bicz bierze;
Trzasł z bicza, aż wzbił się pył z drogi.
"Szczęść Boże, staruszku! lecz powiedz mi szczerze,
Szedł tędy chłopaczek ubogi?"
"Tak, szparko z kosturkiem pielgrzymczyk biegł młody,
W birecie, w sandałkach - więc rzekę:
Do Kompostelli wżdy? Gdy nie chcesz mieć szkody,
W Jakuba się oddaj opiekę".
To słysząc, brat z koni sił nowych dobywa,
Tnie biczem, aż kurzy się droga;
Wtem słyszy: w najbliższej wsi chłopczyk odpoczywa;
Więc znowu nie szczędzi batoga.

Znów bije, lecz nie chcą rumaki iść zgoła,
Nogami poruszać nie mogą.
"Cóż to? - rzekł woźnica, ścierając pot z czola
Tak krótką zmęczone już drogą?
Tor równy, więc cóż me wstrzymuje rumaki?
Wszak w piasku niebrodza ich nogi...
Czy jaka zła wróżba, czy może czar jaki?
Nigdy mi nie stały w pół drogi!"

Cóż pocznie brat starszy? Wóz jakby przybity,
Więc pieszo wyprzedzi go snadnie.
Idź proszę! Dlaczegoż sam stoisz jak wryty!
Wbrew woli i tobą czar władnie? -
Mistrz za to plan w głowie układa, jak zdoła
Przed ojcem tłumaczyć los wrogi.
Tymczasem zaś Kostka odpoczął śród sioła
I zmienił kierunek swej drogi.