Poemat - Życie św. Stanisława Kostki (2)

Poznają Świętego zefiry - w drzew cieniu
Wiatr ciało mu chłodzi płonące,
Ptaszęta w wesołem witają go pieniu
I źródła po łąkach szemrzące.
I ziemia mu łożem, a niebo mu strzechą,
Jagody go krzepią i woda -
A wszystko go nęci, napełnia uciechą
I cała go pieści przyroda.
Lecz kiedy w las zaszedł, gęstwami podszyty,
Strach zdjął go i spojrzał nieśmiało,
Czy wilk nań nie skoczy w gęstwinie ukryty,
By wątłe poszarpać mu ciało.

A jeśli Europa libijskie lwy żywi
I tygrys przechodzi tą drogą,
Jeśli go zbójcy opadną krwi chciwi,
To czyjeż go ręcę wspomogą?
Kto oczy mu zamknie, kto w grobie go złoży,
Śród obcych gdy ducha wyzionie?...
Śmierć, życie od Boga, więc nic się nie trwoży
I Pańskiej się zleca obronie.
Prawego Pan darzy spokojem wieczystym,
Gdziekolwiek śmierć nagła go zgoni;
Kto chłodził młodzieńców trzech w piecu ognistym,
Śród świata swych wiernych obroni.
Więc śmiało tam dążył, choć droga go nuży,
Gdzie sławna Dilinga go woła;
Tam spoczął i nowej trud znosi podróży
Pod strażą li swego Anioła.

Szedł szybko, aż wreszcie po trudach tak wielu
Rzym ujrzał i stanął u celu.
Bo w grono zakonne od braci przyjęty,
Powiększył on zastęp ich święty.
A gdy się pod nowe zaciągnął sztandary,
Do których lat tęsknił już troje,
Z reguły zakonnej najcięższe ofiary
Z radością ponosił i znoje.
I zawód ten nowy w tak wielkiej miał cenie,
Że pełen głębokiej pokory,
Na samo doznanych łask Bożych wspomnienie
Do westchnień, do płaczu był skory.
I mawiał: "Śród owiec jak koźlę oporne,
Niegodne tej świętej gromady,
Lecz pragnę, tak miłe mi życie klasztorne,
By każdy wstępował w me ślady".
Dla starszych zakonu czcią dziwną przejęty,
Objawiał ją w całej postaci
I każdy mu kapłan był czestny i święty,
Sam chciał być najmniejszym śród braci.

W Chrystusie dlań każdy kochanym był bratem
I wzajem go każdy miłował;
Jak cnotą ów Tytus, co rzymskim trząsł światem
Tak wszystkich i Kostka ujmował.
Jak ideał piękności, kwitnące mu ciało
Przedziwną urodą jaśniało,
A dusza bez grzechu, niewinna, świetlana,
W naukach pokarmu szukała,

Gdy dzielny charakter i stałość młodziana
Wnet wszystkim objawić się miała.
Bo Kostka senator list wysłał do syna
- Tak miłość nim władła gorąca -
Narzeka na zakon, a jego zaklina,
By wracał w przeciągu miesiąca.
Do zaklęć rozkazy dołącza i groźby,
To znowu pochlebstwa i prośby:
Gdy umysł odmieni, z rąk ojca bez miary
Obfite czekają nań dary;
A gdyby się zaciął, w Italii chciał zostać,
To okuć go każe i schłostać.
Syna w nim nie uzna; jak sługa pojmany
Za zbrodnie, poniesie śmierć srogą.
Lecz ani pochlebstwa, gniew ojca, śmierć, rany
Ni prośby go zmiękczyć nie mogą.

Stateczny w zamyśle, jak silny dąb stoi,
List tylko wysyła tej treści:
"Mój Ojcze, mój bracie i wszyscy wy moi!
Czy woda w krzemieniu się mieści?
Cóż chcecie ode mnie? Nie żyję dla siebie,
Umarłem na zawsze dla świata;
Na resztę dni moich wziął śluby Pan w niebie,
On cel mój, On moja zapłata!"
"Dlaczego niesłuszny gniew na mnie wywiera
Mój rodzic i grozi surowo?
Czy twardy dyament rozetnie siekiera,
Czy mury przebije kto głową? -
Nie ufaj, byś zdołał lwa zmienić w komara
I z ziemi zatrzymać lot ptaka.
Śmierć w imię Chrystusa nie straszna to kara,
Jak szczęsna godzina mi taka".

Gdy list ten bez jego podpisu wysłano,
Już odtąd na zawsze był stały:
Zapomniał rodziców, ojczyznę kochaną,
Wyrzekł się dóbr świata i chwały.
Chciał ojcem mieć Boga, a Bogarodzicę
Mieć Matką, ojczyznę mieć w niebie.
Tak kochał, szanował Najświętszą Dziewicę,
Tak sercem polecił Jej siebie,
Że przy nim, gdy usta wspomniały Ją czyje,
To jakby już w niebie był zgoła;
A sercem i słowy pozdrawiać Maryję,
Witanie powtarzać Anioła,
W noc, we dnie myśl zająć Jej życiem i syna,
To jego zabawa jedyna.
Gdy szedł raz wśród drogi,
Towarzysz pytanie mu czyni:
"Skąd ci ta cześć Maryi, dlaczego tak drogi
Jej obraz w tej oto świątyni?"
A chłopiec odpowie mu w sposób chłopięcy:
"Tam ojcze mej Matki siedlisko!
Ach jakże jej nie czcić, nie kochać wciąż więcej,
Gdy ona wciąż przy mnie, tak blisko!"

A ilekroć wspomniał na dobra tej ziemi,
Boskiej je przypisał przyczynie;
A jeśli ich użył, ucieszył się nimi,
W cześć Bogu to czynił jedynie.
Jak wielce czcią Boską miał dusze przejętą,
Jak wielki miłości żar w łonie
I jaką gotowość, gorliwość jak świętą,
By wszystkim usłużyć w zakonie.
I jaka mu skromność, niewinność dziewicza
Z zacnego patrzała oblicza,

I jaka w posługach najniższych pokora,
Choć skryta, a widna jak złoto,
I jaka powaga u chłopca zbyt skora,
Zmieszczana z przedziwną prostotą:

Ach tego, choć w pomoc wezwałbym Anioła,
Ma dusza doścignąć nie zdoła!
I prędzej potrafię gwiazd skreślić obroty
Niż lot twój, o Kostko, w tej chwili;
Bo żywot twój wyższy, górniejsze twe cnoty
Niż ojców, co niegdyś tu żyli.
Ach nieraz twą ręką smagały ci bicze
Aż do krwi twe ciało dziewicze;
Bo wieniec męczeństwa chcąc zyskać przed Panem
Sam sobie bywałeś tyranem.
A kiedy nad świętą trawiłeś czas księgą,
Twa dusza, w skupieniu porwana
Potęgą twych uczuć i myśli potęgą,
W modlitwie płynęła do Pana.
I duch twój płomienny w najwyższym zachwycie
W blask Boży zanurzał swe życie.
I nieraz obecnym naonczas się zdało,
Że duch twój porzucił już ciało,
Że zamiast pobudzać do lotu twe skrzydła,
Potrzeba ci było wędzidła.

Toż przedsmak ten nieba mowamiś świętemi
O życiu objawiał wieczystem;
Boś cnotą zasłużył i sercem twem czystem,
Żeś Boga oglądał na ziemi.
O jakże szczęśliwym młodzieńcze zwać ciebie,
Co żyłeś na świecie, jak w niebie!
O jakże wysoko to serce czcić trzeba,
Ten ołtarz dla Boga kapłański,
Na którym wciąż płonął zesłany żar z nieba,
Podsycan przez pokarm niebiański,
Aż razem, jak miła ofiara dla Pana,
Spłonęło i serce młodziana! -

Co więcej wam powiem? Zostałoż co jeszcze?
Dokądże to Muza mnie woła? -
Przestańcie zamącać łzy serce me wieszcze,
Gdy śmierć mam opiewać Anioła.
Nie umarł on młodzian - on usnął na chwilę,
W Chrystusa spokoju spoczywa -
Tak lekka gorączka, a siły w niej tyle
Że krzepkie to ciało rozrywa.
Na trzy dni przed śmiercią:
"Skończona - rzekł - droga,
Już idę oglądać twarz Boga!"
I nadszedł dzień trzeci - różana lśni zorza
I słońce promieńmi złotemi
Stanęło w południu; on zerwał się z łoża,
Pochylon na gołej legł ziemi
I czyny swe grzeszne kładł w ucho kapłana,
Grzecznemi je raczej zwać trzeba -
A potem pożywał z czcią Ciało, Krew Pana,
Bo droga daleka do nieba.

A wtedy przystąpił sam Rektor dostojny,
Któremu dusz piecza oddana,
I aby do walki ostatniej był zbrojny,
Olejem namaścił młodziana;
A potem w serdecznem zapytał go słowie:
- Czyś gotów? - A młodzian odpowie:
- Ma wola gotowa na rozkaz już Boga,
Ostatni bój mężnie przetrzyma.
- Żołnierzu ty młody! nie lękasz się wroga?
- Bóg wielki przemoże olbrzyma?

Już słońce promienie nurzyło w głąb morza
I gasła wieczorna już zorza,
Gdy biorąc zwycięską koronę do ręki
Z posągu Najświętszej Panienki,
Rzekł: - Jezu! jak gotów na posłuch Wodzowi,
O poleć mnie Matko Synowi!
I spytał ktoś: - Po cóż się bawisz koroną? -
- Na chwałę - rzekł - Matki to robię!
- Szczęśliwyś! Wnet z Matką połączysz się oną...
- Ach! ujrzę mą Matkę w tej dobie!

I ręce z radością wzniósł w błękit daleki -
Jej obraz całować zaczyna.
I zaszła noc - braciom sen skleił powieki,
I trzecia wybiła godzina.
Stał z boku braciszek, a młodzian mu powie:
- Gdzież bracia? gdzie moi Ojcowie?
- Zapewnie po pracy śnią teraz przyjemnie -
Pożegnaj ich z serca ode mnie,
I przeproś, gdy czynem lub słowem niemiłem
Niechcący którego zraniłem.
I jakby minęły już walki i smutki,
A niebo mu było w pobliżu,
Zanucił: "Ach! krótki czas, Boże! ach, krótki!
Podajcież mi Pana na krzyżu!
O jesteś jedyna nadziejo zbawienia!
Jak Panie za twoją Ci pracę,
Za miłość tak wielką, bolesne cierpienia,
O naucz mnie, jak Ci odpłacę!"
"Z niczego Tyś Boską mnie stworzył wszechmocą
I twoją obmyłeś Krwią, Chryste!
Tyś słudze był wodzem, Tyś był mu pomocą,
Gdy w drogi szedł życia cierniste.
Tyś z Świętych twych, Panie, połączył mnie gronem,
Co z twym mnie poznali zakonem.

O przebacz mi grzechy, o Jezu mój drogi!
Niech spocznę, cuch w niebo przyjęty!"
To rzekłszy, całował i ręce, i nogi,
i głowę, i stokroć bok święty.
A ufny, że pomoc i od nich otrzyma,
Miesięcznych Patronów swych wzywa,
I z miłym uśmiechem swą mową urywa,
Jasnemi w krąg wodzi oczyma;
A oczy te, pełne gwiazd, ognia i siły,
Jak oczy Aniołów świeciły.
Nim czwarta z północy godzina wybiła,
Ktoś z braci go z cicha zagadnie:
"Czy, synu, obecność ci nasza niemiła?
Odejdziem, gdy spocząć chcesz snadnie.
Tak patrzysz wesoło - wolałbyś sam zostać?
Twe okocoś objąć się stara...
Czy tobie Bóg widny - Jezusa to postać?
Czy z Matką twą święta Barbara?"

On milczy i tylko mu w twarzy wykwita
Blask dziwny i uśmierch uroczy -
"Znasz Kostko ten obraz - braciszek zapyta -
Co teraz ci stawim przed oczy?"
"Czy zasnął po troskach? Czy czyste mu ciało,
Gdy dusza w zachwycie, stężało?
Dlaczegoż tak zimny i sobą nie włada?...
Puch nie drży przytkniony do nosa -
I głowa stężała na bok mu opada,
I ręce zwieszone z ukosa;
W tył szyja zapadła pomiędzy ramiona...
Przestało bić serce śród łona".
"Zaiste! zabrany nam został w tej porze,
Gdy sercem tak modlił się całem -
Już Twoją ogląda Najświętszą twarz Boże!
Już zachwyt mu wiecznym udziałem!"

"Blask tylko anielski pozostał na twarzy,
Z ust dziwna woń płynie dokoła,
Jak kwiatek podcięty żelazem żniwiarzy,
Jak zwiędły mak polny śród sioła,
Gdy świetnych barw błaski i miłą woń traci,
Z niem każdym mniej piękny z postaci:
On piękny - po śmierci piękniejszym się staje,
Jakby był z zastępu Aniołów".
"A nam tu najbardziej to dziwnem się zdaje,
Że żadnych nie cierpiał mozołów,
Że chłopiec, co ledwie ośmnasty rok liczy,
Nie doznał przy śmierci goryczy.
I ani w podrzutach przedśmiertnych mu ciało,
Ni lice, ni oko zadrżało -
Bo ani chorobą ostrą podcięty -
Był wesół, zdrów, świeży - nietknięty".

"Zaiste! z Dawidem nam trzeba powtórzyć:
Twa ręka to Panie zdziałała,
Twa ręka, co spójnię sił zdolna rozburzyć,
Co żywe gruchoce w proch ciała -
Twa ręka, co ciało umarłe człowieka
Ożywia i w światłość obleka!"

"Męczennik Chrystusa, sam z własnej on woli
Swe długi zapłacił tu wcześnie -
A kto się sam karze i w świecie mozoli,
Ten życia nie kończy boleśnie".
"I jako Jan święty, on orzeł, z mogiły
Do nieba skierował lot śmiele,
Zdrów, krzepki, bez wzruszeń, nie tracąc swej siły,
Boleści nie czując w swem ciele:
Tak łabędź ten również bez bólu, cierpienia,
Orłowym w lot puścił się szlakiem
I czystej swej duszy wiecznego zbawienia
Niemylnym ucieszył nas znakiem:

Bo właśnie w rocznicę dnia tego, gdy Święta
Dziewica do nieba jest wzięta,
I jego też dusz, już wolna od ciała,
Za Panią swą w niebo wzleciała".
Tak bracia, całując mu usta przeczyste,
Radośnie ze sobą gwarzyli;
A potem go w suknie ubrali wzorzyste -
Na nowy katafalk złożyli.

A starszy ze łzami: "Śpij Kostko - powiada,
Nim w świętej cię ziemi pogrzebię.
Ach duch nasz wesoły, choć sercem żal włada,
Bo jakże się smucić, gdyś w niebie!"
A gdy się to działo, dziw nowy w tej porze
Objawił znów świętość młodziana.
W szczerej z nim przyjaźni żył w innym klasztorze
Przezacny młodzieniec; ten z rana,
Nie wiedząc w oddali, że Kostka już nie żył,
Do niego się wybrać zamierzył.
Lecz zaspał, choć złota błyszczała już zorza -
I widzi w śnie twardym śród łoża,
Jak z domu Andrzeja, reguły tej samej
Mnich idzie i pyta od bramy:
"A dokąd?" - W świętego Andrzeja dom dążę-
"A po co?" - Bo przyjaźń mnie wiąże
Tam z Kostką. - Napróżno - rzekł - wracać ci trzeba,
Stanisław już odszedł do nieba".

- Czy prawda? - "Nie wierzysz? Idź, nikt cię nie trzyma,
Własnemi to ujrzysz oczyma.
Wnet poległ ten żołnierz, lecz jakże bogaty
W zasługi, choć życie niedługie.
Gdy inni przynoszą owoce lub kwiaty -
On Bogu dał jedne i drugie.
Rok ledwie bojował, weteran dostojny,
Tak młody, a siłą swą jary.
I odniósł, gdy wszystkie ukończył już wojny,
Zwycięskie Wodzowi sztandary.

A Wódz mu zwycięstwa koronę dał złotą;
Dziś młodzian nad gwiazdy, w lazury,
Gdy sam się do Dziewic zaliczył swą cnotą,
Prowadzi przed Boga ich chóry.
Tam nowy on teraz hymn nuci niebiański
I w struny swej lutni uderza,
Tam pokarm wieczności, tam nektar mu Pański
Spragnione wciąż usta odświeża.

I okiem już Niebian blask Boży ogląda -
Myśl krzepią mu Bożych dóbr dary,
Waleczny bojownik ma, czego pożąda,
W nagrodę swych trudów i wiary.
On nowozaciężny za Królem szedł wszędzie -
Nam za nim w te same iść szlaki,
Dla ludzi Bóg jeden był zawsze i będzie
I ludzki duch zawsze jednaki;
A hojna dłoń Boża, jak była przed wieki,
Trwa dzisiaj - trwać będzie na wieki" -

To słysząc młodzieniec chciał pytać - wtem oko
Otworzył i znikło widzenie.
Już zorzę słoneczne spłoszyły promienie,
Bo słońce już stało wysoko;
Więc zerwał się z łoża i w klasztor Andrzeja
Z obawą go wiedzie nadzieja.
Tam poznał, że prawdę rzekł we śnie mnich młody,
W zdumieniu sen braciom powtrza.
Ich twarze się mienią, bo na nich w zawody
To radość, to ból się wyraża.
Kto płakał przed chwilą, ten radość ma w łonie;
Kto wesół był - z szczęścia w łzach tonie.

Skończyłem w Krakowie dnia 20 lutego 1894.