Łaski i cuda św. Stanisława Kostki - 3

20. "Przy drodze głównej jaka wiedzie do Warszawy - informował w dniu 25 sierpnia 1632 r. Ojciec Marcin Hińcza listem pisanym z Krakowa do generała zakonu w Rzymie - w ostatnim jej domeczku, mieszkał krawiec, imieniem Jan Kucharz. Spożywali właśnie we troje posiłek obiadowy. Dzień zaś był sobotni, 31 lipca tegoż roku. Niespodzianie córeczka domu, mała Reginka, zakrzyknęła: Mamusiu, popatrz, obraz św. Stanisława płacze i jest cały mokry.
Mieszkanie rodziny Kucharzów stanowiło zwykłe zabudownie wiejskie. Mroczno w nim było i ciemno. Rodzice sami Reginki byli ludźmi raczej spokojnymi i po chłopsku trzeźwymi. Zwłaszcza ojciec rodziny. Siedzieli w chwili okrzyku dziecka tyłem do obrazu - spojrzeli więc mimochodem na obraz i wrócili do rozmowy o rodzinnych kłopotach. Św. Stanisław jednak nie dozwolił by nie zauważono danego przez siebie znaku.
Nastawał wieczór tegoż dnia. Rodzina Kucharzów wcześnie kładła się do snu. Mała Reginka dawno już zasnęła. Ojciec rodziny także już zasypiał. Tylko żona jeszcze odmawiała wieczorne modlitwy. Co wieczora modliła się do św. Stanisława o opiekę i pomoc nad rodziną - kult bowiem św. Stanisława był za owych dni najbardziej rozpowszechniony w Polsce - więc i tego wieczora, kończąc długie swe pacierze, podniosła ufnie oczy ku jego wizerunkowi, by mu się zwierzyć z gniotących trosk i by zawezwać jego opieki. Zaledwie jednak spojrzała na obraz - o mało jej tchu nie odjęło.
Mieszkanie w ogóle słynęło jako suche. Zarówno powietrze, jak i okolica, były w tym okresie raczej ciepłe i pogodne, niżeli wilgotne. Mimo to ujrzała obraz św. Stanisława jakby cały zlany potem. Potrząsnęła gwałtownie zasypiającym mężem i zaczęła mu perswadować, że Reginka jednak miała słuszność. Mąż tymczasem ani myślał uwierzyć w podobne zjawisko. Reginka durna - odparł jej na poły senny - ale ty w dwójnasób nierozumna. Teraz śpię - a babskie przywidzenia nic mnie nie obchodzą.
Żona jednak nie ustąpiła tym razem. Chcąc nie chcąc musiał w końcu zerwać się z pościeli, by zakończyć sprawę. Cały zły wszedł na stół - obraz wisiał wysoko - i jął przypatrywać się obrazowi z bliska. Nie dowierzając oczom, czy nie zbyt jasnemu światłu, począł pocierać dla pewności dłonią po obrazie. Obleciał go wtedy - jak sam zeznawał podczas procesu lubelskiego - zimny pot. Obraz bowiem był nie tylko cały mokry, lecz dotyk zalegającej go wilgoci, był do tego stopnia niesamowity, iż wstrząsnął nim całym i wyrwał mu okrzyk lęku z piersi.
Całe przedpołudnie następnego dnia wpatrywali się Kucharzowie usilnie w obraz, by się przekonać o prawdziwości i niezwykłości zjawiska stwierdzonego poprzedniego dnia. Obraz jednak pozostawał suchy, jakim był dotychczas. Aż poczęli podejrzewać siebie o wspólne przywidzenie.
Była zaś tego dnia niedziela, i czytano z ambon kościelnych słowa ewangelii, która głosiła, iż Jezus: ... widząc miasto zapłakał nad nim. Nie dowierzając więc zauważonemu poprzedniego dnia zjawisku zasiedli do obiadu, jak i poprzedniego dnia. Nie Reginka jednak miała tym razem zauważyć pierwsza niezwyczajne i niezrozumiałe zjawisko, ale sam ojciec rodziny. Podczas posiłku bowiem poczuł nagle jakby mu kilka dużych zimnych kropel tej samej niesamowitej wilgoci, której się wczoraj dotykał, padło z góry na opierający się o ścianę kark. Spojrzał na obraz - i z chwiejącego się niewierzącego stał się wierzącym. Z oczu Stanisława spływały i spadały na ziemię jedna po drugiej duże, ciężkie łzy.
Nie potrzeba chyba dodawać, co się działo w Lublinie i w jego okolicach, gdy się o cudownym zjawisku dowiedzieli sąsiedzi i gdy wiadomość ta dobiegła do uszu okolicznej szlachty i kleru, a zwłaszcza do współbraci zakonnych Stanisława. Zawiązały się takie same pielgrzymki i nawiedzenia domku rodziny Kucharzów, o jakich donosiła prasa sprzed niewielu jeszcze laty z Syrakuz, gdy się rozeszła wiadomość, że jeden z tamtejszych obrazów Madonny zaczął zalewać się łzami.
Wieść o nadzwyczajnym zjawisku rozbiegła się w mgnieniu oka po całej Polsce i stała się tematem dnia. Z Polski zaś - drogą poprzez Rzym - rozeszła się na cały świat".

21. "Św. Stanisławowi jednakże nie dosyć było na jednorazowym dawaniu niezrozumiałych dla wszystkich znaków. Powtarzał je - ile wiemy - wielokrotnie i w niejednym miejscu. Doszła nas wiadomość szczególnie o jednym jeszcze wypadku. Doskonal się w Krakowie, w tamtejszym jezuickim Domu Profesów, i to w równo 40 dni po głośnym już w całej Polsce zjawisku lubelskim.
Rozpoczęło się owo wtórne dawanie niezrozumiałych znaków z zaświata w dniu 9 września tegoż 1632 roku.
W dość obszernej i widnej sali wspomnianego Domu Profesów wisiał od 1600-go roku wielki, barwny obraz św. Stanisława, przedstawiający jego popiersie. Po prawej stronie tegoż wizerunku dowieszono później portret założyciela zakonu, św. Ignacego z Loyoli, po lewej zaś kardynała Hozjusza, wielkiego protektora Jezuitów w Polsce.
Tego właśnie dnia - a był to zwykły czwartek i uroczystość nieznanego nikomu św. Gorgoniusza, męczennika - zauważył jeden z Ojców Jezuitów, mijający przypadkowo obraz, że podobizna świętego Stanisława była jakby cała zalana wilgocią. Ponieważ rozgłos o wypadku lubelskim już się rozniósł po całej Polsce, przeto co gorliwsi z Ojców upatrywali w zauważonym zwilgotnieniu analogiczny wypadek do lubelskiego. Co roztropniejsi jednakże nie dowierzali i kazali odczekać.
Celem zachowania wszelkiej ostrożności kazano wiszący obraz Stanisława zdjąć ze ściany i polecono wytrzeć starannie zalegającą jego powierzchnię wilgoć. W dodatku przeniesiono go do innego pokoju, by nie dopuścić do powtórzenia się podobnego zjawiska. Przeniesienie obrazu uzasadniono tą niby racją, że ściana, na której wisiał, miała być podatną na wilgoć. Chociaż wszyscy widzieli i zeznawali podczas późniejszego procesu, że wiszące obok wizerunku św. Stanisława obrazy św. Ignacego i Hozjusza były i pozostały całkowicie suche.
Nie pomogły jednak przezorne zarządzenia przełożonych. Nie pomogły powtarzane aż kilkakrotnie przenosiny obrazu. Zjawisko zalewania się obrazu św. Stanisława łzami i pocenia się powtarzało się w Domu Profesów raz po raz, i to nie tylko sposobem znanym z Lublina, lecz w postaci coraz bardziej przejmującego zjawiska i napełniającego patrzących niezrozumiałą trwogą. Obraz bowiem nie tylko pocił się i zalewał łzami, łzy i pot nie tylko spływały, niekiedy aż strugami, z oczu, z oblicza, z rąk i szat Świętego, lecz nadto sam wyraz oblicza św. Stanisława poczynał coraz to zmieniać się i wyrażać najbardziej przejmujące i zatrważające uczucia. Raz blednął i przybierał rysy twarzy osoby nad wyraz smutnej, to znowu jego oblicze niespodzianie się rozpłomieniało, i wyrażało twarz osoby głośno nawołującej oraz przestrzegającej przed czymś, niekiedy znowu przybierał wyraz osoby, która o coś gorąco błaga i prosi, lub o coś usilnie się modli.
Księgi krakowskiego procesu beatyfikacyjnego zawierają dziesiątki nazwisk przeróżnych świadków, którzy pod przysięgą zeznawali prawdziwość wspomnianych zjawisk. Znajdują się wśród nich nazwiska nie tylko najpoważniejszych obywateli miasta, najwyższych powag kościelnych, lecz także najbardziej krytycznych i niedowierzających obserwatorów, a nawet innowierców".

22. "Żył w owym czasie w Chełmie świątobliwy Franciszkanin - święci w niebie nie znają podziału i separacji międzyzakonnej - który przybrał sobie imię zakonne Daniel, z nazwiska zaś zwał się Bonikowskim. Był w Polsce tym, czym dzisiaj jest ojciec Pio we Włoszech. Miewał widzenia i czytał w przyszłości ukryte innym dzieje i wypadki. Odnośnie zaś do opieki św. Stanisława nad Polską i do troski, jaką otaczał rodzinne ziemie, miał następujące widzenie:
Ujrzał jak gdyby z nagła roztwierające się niebiosa. W ich głębi powalający na kolana Majestat Najwyższego. I, rzecz po ludzku najstraszniejsza: Boga ciskającego gromy rozgniewania na Polskę, spojrzenia jego bowiem wróżyły wielkie kary. Koło Majestatu Bożego czekały anioły pomsty, by wykonać mający zapaść wyrok sprawiedliwości. Trzymały podniesione do góry miecze kary, by pospieszyć z wymierzeniem zasłużonej chłosty za popełnione grzechy i zbrodnie.
W tym Najświętsza Maryja Panna, przypadając do stóp Boskiego Syna, błaga go i zaklina, aby wstawił się za Polską i Ojcu Przedwiecznemu okazał swe rany i swe zasługi. Dopiero wtenczas dostrzegł Ojciec Bonikowski stojącego za tronem Najświętszej Panienki św. Stanisława Kostkę, który w pozycji pazia, oczekiwał na zlecenia swej Niebieskiej Pani.
Nastała wówczas najrzewniejsza i najistotniejsza scena całego widzenia, która miała wyjaśnić głęboki sens obrazów płaczących. Najświętsza Maryja Panna bowiem, zwracając się do św. Stanisława, i jakby tłumacząc mu jego obowiązek w stosunku do ziemskiej ojczyzny, odezwała się doń słowami: "A ty, giermku mego Syna, ty, przedmiocie mej czułości, nie spieszyszże błagać Boga za swą Polskę i za swych braci?".
Natenczas dwa anioły przystąpiły do św. Stanisława i powiodły go przed tron Najwyższego. Tu Stanisław upadł na twarz i w niemej modlitwie korzył się przed tronem Boga za przewinienia własnego narodu.
Wtedy to nad leżącym u stóp rozgniewanego Boga aniołem czystości i serafem miłości rozległ się jakby głos Mówiącego: Przez zasługi mego Syna - przez wstawiennictwo Najświętszej Dziewicy - i przez Twoje modły - zawierzony zostaje miecz zemsty".

23. "Żyła w Ligniville w 1601 roku młoda niewiasta imieniem Anna-Teodora. W październiku tegoż roku mijał 14-ty miesiąc odkąd zapadła na ciężki niedowład ciała. Właściwie była umierającą. Niejaki Karol, chcą ją otruć, podsunął jej napój zmieszany z trucizną, który, nic nie podejrzewając wypiła. Od tego czasu zaczęła fizycznie więdnąć i zamierać... Posiadała Anna-Teodora brata, z imienia Filip-Emanuel. Był jezuitą i przebywał w Rzymie. Kończył właśnie studia teologiczne. Anna pragnęła go przed śmiercią zobaczyć... Wziął on z Rzymu obrazek św. Stanisława i cząsteczkę jego relikwii. Przybywszy do Ligniville wręczył oba skarby swej siostrze i zalecił jej gorąco modlić się i zaufać pośrednictwu św. Stanisława. Najbliższej niedzieli po jego przybyciu - dzień to był 24 listopada 1601 roku - udali się wspólnie do kościoła.... Kiedy kapłan podczas Podniesienia uniósł wysoko Przenajświętszą Hostię, poczęła błagać Ukrytego w Sakramencie Boga słowami: Stwórco i Panie, jeśli chcesz uwielbić sługę swego, to przywróć mi zdrowie dla jego zasług. Przywróć mi zdrowie. Zaledwie wypowiedziała te słowa - uczuła niespodzianie wielkie i niewytłumaczalne polepszenia się stanu zdrowia.... Po skończonej mszy była uzdrowiona".

24. "W Limie chorował w owym czasie nowicjusz imieniem Franciszek Ksawery Salduendo. Leżał tknięty paraliżem. Cała prawa część ciała - od ramienia do stóp - ciążyła porażona bezwładem... Po złożeniu przez niego ślubu (Co roku pościć będę o chlebie i o wodzie w wigilię twego święta, i zdobić będę twój ołtarz kwiatami) jego kolega Jan Blanco, wyjął z zanadrza zwyczajny papierowy obrazek z podobizną św. Stanisława - podał go choremu do pocałowania, i dotknął tym obrazkiem nasamprzód sparaliżowanej nogi. I któż da wiarę: chory za dotknięciem nogi obrazkiem poruszył nią, jak gdyby była zdrową. Z kolei Blanco dotknął obrazkiem sparaliżowanego ramienia - i chory tak samo nagle i niespodzianie dokonał ruchu ramieniem. Na koniec dotknął reszty sparaliżowanego ciała - i wtenczas chory nowicjusz podniósł się sam na swym łóżku, wołając że jest zdrowy".

25. "Działo się to w sercu Westfalii, niedaleko Monasteru. Zamieszkały u swych rodziców 14-letni Henryk Lindenmann stracił zupełnie słuch i mowę. Zamierzał zaś za wszelką cenę zostać księdzem i poświęcić się całkowicie służbie i powołaniu kapłańskiemu... Zasłyszawszy tedy o przemożnej przyczynie św. Stanisława zwrócił się do przełożonego domu nowicjackiego w Friedrichsburgu, i uprosił go, aby w jego intencji odprawiono nowennę do św. Stanisława w tamtejszym nowicjacie... W ostatnim dniu nowenny - dzień to był 13-ty listopada 1857 roku - wybrał się wczesnym rankiem do nowicjackiego kościoła, by uczestniczyć we wspólnej uroczystej mszy św. ... Podczas Komunii św. przystąpił wspólnie z innymi do Stołu Pańskiego. Wstawszy od balasek począł razem z innymi oddalać się i wracać na swoje miejsce. Podczas tego właśnie powrotu zdawało mu się nagle, że usłyszał - a przecież ucho jego od dawna już nie chwytało żadnego dźwięku - jakby szelest poruszającej się za nim osoby. Zrozumiał! Gorące wyrwało mu się dziękczynienie z piersi. Po skończonej mszy świętej pobiegł do przełożonego domu, rzucił mu się w objęcia, i z pełni radującej się duszy - od tyle czasu już niemy! - zawołał: Stanisław! - Odzyskał słuch i mowę".

26. "W górnym pochodzie, w którym zasłynął jako dobroczyńca ludzkości, kolej na Polskę nie przyszła jednak jako na ostatnią z nawiedzanych cudami krain. Przez cały XVII wiek spływała na nią istna manna wszelakich łask nadprzyrodzonych i niezwyczajnych mocy. Działo się zapewne podobnie i w niejednym z postronnych krajów - sławą jego bowiem rozbrzmiewał cały świat".

27. "Żył podówczas w jezuickim kolegium jarosławskim Ojciec Broniewski. Był jego rektorem i uczył poetyki i wymowy. Podczas przygotowania lekcyj - był to rok 1618 - przemęczył głowę. Silna i długotrwała gorączka, która się przy tym wywiązała, zakończyła się apopleksją i porażeniem. W stanie tego porażenia zapadł w letarg... Wtedy jego zastępca, Ojciec Przemysław Rudnicki, uczynił w jego imieniu ślub do św. Stanisława. Ekonom zaś domu, Ojciec Szumowski, pośpieszył do kaplicy, by w uroczystej procesji przynieść relikwie Stanisława. I oto w chwili, kiedy je wnosił do pokoju, rozbudził się chory, jakby wyrwany z głębokiego snu ... pocałował relikwię z największą czcią, przyłożył drżącą ręką do piersi - i natychmiast ustąpiły resztki duszącego letargu".

28. „Anna, znana pod tym imieniem właścicielka ogrodu, mieszczącego około 400 krzewów, nie spieszyła się mimo to wcale z zabezpieczeniem opadłych z liści drzewek i z przechowywaniem ich na okres zimowy. Przyczyną tej pozornej niedbałości była obawa przed zarazą panującą wówczas. W okolicy bowiem koczowały od pewnego czasu zbite gromady dotkniętych zarazą jednostek, które w czasie swych wędrówek przeciągały raz po raz przez jej ogród zakażając wszystko, czego się jakkolwiek bądź dotykały względnie o co się ocierały. Anna lękała się więc, i słusznie, że dotykając się krzewów, albo choćby tylko ocierając się o nie, zarazi samą siebie i zapadnie na tę samą niemoc, co tamci. Szkody tymczasem grożące ogrodowi, zapowiadały się ogromnie. Anna sama stwierdzała już pierwsze straty wynikłe z zamarznięcia co słabszych krzewów znajdujących się w ogrodzie.
W wielkim tym utrapieniu postanowiła uciec się do opieki i pomocy głośnego podówczas opiekuna potrzebujących, św. Stanisława. Uczyniła ślub – i mało myśląc zabrała z jego ołtarza kwitnący tamże kwiat rozmarynu, a powróciwszy do domu obeszła z nim wszystkie krzewy, jakie posiadała, dotykając każdy po kolei kwiatem wziętym z ołtarza. Któż uwierzy w cud? Krzewy dotknięte kwiatem Stanisławowym poczęły nie tylko przychodzić do siebie, ale równocześnie zakwitać na nowo. W procesie lubelskim zeznawała sama – i zeznawali ci, co byli świadkami cudownego wydarzenia”.

29. „Kiedy Mikołaj z Żurowa Daniełowicz, podskarbi wielki koronny, leżał złożony podagrą na zamku rodowym w Uchaniu, i kiedy ból go dręczył tak wielki, że w napadach rozpaczy aż wybuchał słowami: „Zabijcie, zabijcie!” – kwiat różany z grobu św. Stanisława, przywieziony przez Ojca Fenicjusza z Rzymu, a spożyty przez Mikołaja – po spowiedzi i po uczynionym ślubie – przywiódł nań głęboki sen, a po zbudzeniu się stan zupełnego zdrowia, który przetrwał aż do jego śmierci”.